Wspomnienia warszawianki
z pobytu w Oleśnicy
w latach 1944/1945
Od autora strony:

Pani Maria Górzyńska z Warszawy przysłała mi wyjątki z trzystustronicowej książki wydrukowanej w kilku egzemplarzach, autorstwa Pani Wandy Grochockiej. W niej autorka spisała wspomnienia o swojej rodzinie i dzieciństwie. Dziękuję obu Paniom za przysłanie i wyrażenie zgody na umieszczenie tutaj wyjątków pochodzących z 166-175. strony wspomnień.

Fragment o pobycie w Oleśnicy jest relacją "z drugiej ręki", ale rzetelną i popartą fotografiami. Występujący w poniższej treści Wanda i Józio to matka autorki, też Wanda, i jej późniejszy mąż Józef Wosiński. W czasie pobytu w Oleśnicy nie byli jeszcze małżeństwem, jednak Wanda - wówczas Grzybek, po pierwszym mężu, posługiwała się nazwiskiem Wosińska, bo podawali się za małżeństwo. Córeczka, o której się wspomina to autorka wspomnień, która przed powstaniem została wysłana na wakacje na wieś pod Warszawę i tam przetrwała jesień i zimę 44/45. Miała wówczas siedem lat.

Wspomniany Max Korsig był oleśnickim piekarzem i cukiernikiem. Nie jest wzmiankowany w książce adresowej z 1921 roku. Wg. spisu z 1935 r. mieszkał przy Marienstrasse 1 (Matejki). Na mapce z prawej zaznaczyłem ten dom, który już nie istnieje. M. Korsig był właścicielem dwóch przylegających budynków. Drugi z nich, wąski, z wejściem "służbowym" poprzez drewnianą bramę od ulicy Rurowej (Okrężnej), był piekarnią. W nim na piętrze mieszkała, a pracowała na parterze - Wanda. Później awansowała i pracowała w cukierni. Jej późniejszy mąż - Józef pracował zapewne na stacji filtrów przy ul. Wałowej.

 

Płonąca Warszawa została za nimi. Orientowali się, że wiozą ich na zachód, do Rzeszy. Nie wiedzieli co ich czeka - obóz koncentracyjny czy przymusowe roboty. Pociąg wlókł się w stronę nieznanego celu, czasem stawał w polu czekając widocznie na wolny tor, mijał nieznane stacyjki. Dopóki zza okienka dolatywały znajome słowa wiedzieli, że są jeszcze w Polsce. Wkrótce pociąg zaczął zatrzymywać się na stacjach, zewsząd rozlegały się twarde dźwięki niemieckiego języka - wjechali więc na teren Niemiec.

Zamknięci w zatłoczonym pomieszczeniu słyszeli głośne rozsuwanie wagonowych wierzei, wrzaskliwe komendy i tupot licznych stóp. To opróżniano wagony i wyprowadzano ludzi w nieznanym kierunku. Wkrótce i na nich przyszła kolej. Uformowani w piątkową kolumnę doszli do niewielkiego, usytuowanego za miastem obozu. Rozdzielono rodziny. Osobno zakwaterowano mężczyzn, osobno kobiety z dziećmi. Drewniane baraki wyposażone były jedynie w prymitywne, pozbawione pościeli piętrowe prycze. Od rana następnego dnia zaczęło się spisywanie przybyłych. Mnóstwo ludzi wyrzucanych jak stali ze swoich domów nie miało żadnych dokumentów.

Józio i Wanda, która, w pustej już torbie, trzymanej przez całą drogę kurczowo pod pachą, ukrywała dokumenty zmarłego męża, oraz ich kenkarty, zarejestrowali się jako małżeństwo. Między władzami obozowymi i Polakami pośredniczył słabą, twardą polszczyzną tłumacz obozowy. Powiedział Polakom, że znajdują się w obozie przejściowym i od następnego dnia będą przydzielani zgłaszającym się po nich właścicielom firm i gospodarstw rolnych. Ten obóz znajduje się w miejscowości Oels (Els) - dzisiejsza Oleśnica pod Wrocławiem.

Rano, na placu obozowym, zaczął się targ niewolników XX wieku. Od strony miasta nadchodzili lub nadjeżdżali przyszli właściciele. Wybierali ludzi jak bydło na targu, często macając mięśnie, pytając przez tłumacza o wiek i umiejętności. Józio szybko został wybrany. Miał zostać w miasteczku. Kiedy Wanda została sama, coś w niej pękło. Trzymała się do tej pory dzielnie, nie poddawała rozpaczy, Gdy została w obozie bez Józia, załamała się. Siedząc w kącie baraku płakała całe dnie. Bauerzy ciągle się pojawiali przebierając w ludzkim towarze. Niektórzy chcieli zabrać i ją. Tłumacz zainteresował się ciągle rozpaczającą młodą i piękną kobietą. Okazywał jej życzliwość ukrywaną przed niemiecką załogą. Wanda w żaden sposób nie chciała iść do pracy na wieś. Powiedziała, że w Oels jest jej mąż i ona z miasta nigdzie nie pójdzie, mogą ją zabić, ale ona tu zostanie. Widząc taką determinację tłumacz zostawił ja w spokoju. Obóz opustoszał prawie zupełnie, zostało w nim dosłownie kilka osób. Pewnego dnia tłumacz wszedł do baraku i powiedział - Wanda, masz szczęście. Zostaniesz w Oels i pójdziesz do dobrej pracy w piekarni. Chodź!

Na zewnątrz baraku czekał starszawy Niemiec ubrany po miejsku. Był piekarzem i właścicielem sklepu z pieczywem i wyrobami cukierniczymi, który prowadziła jego żona. U nich miała mieszkać i pracować. Idąc za tym nieznanym człowiekiem patrzyła na schludne, niewielkie miasto z domami o skośnych, krytych czerwoną dachówką dachach, grubych murach opasujących starą część miasta, na starannie ubranych ludzi, na bawiące się dzieci, na świat jakby z kolorowej kartki pocztowej i czuła się istotą przybyłą z innej, pełnej tragizmu cierpienia i terroru, rzeczywistości.



Dom Korsig`ów

Posiadłość, do której doszli, znajdowała się w jednej z bocznych uliczek odchodzących od rynku, Otoczona wysokim, szczelnym płotem z
desek, składała się z piętrowego dość dużego domu dotykającego ulicy. Na piętrze było duże mieszkanie właścicieli, na parterze sklep, pracownia cukiernicza i różne pomieszczenia gospodarcze. Z prawej strony domu przez wielką bramę wjeżdżało się na wybrukowane podwórze z kranem do czerpania wody. Za podwórzem, na całej jego szerokości, stał murowany budynek gospodarczy, w którym na piętrze były pomieszczenia dla robotników, a na parterze piekarnia. Z tyłu rozciągał się duży, doskonale utrzymany ogród. Wszędzie panowała czystość i ład.

Przybycie gospodarza z nową pracownicą spowodowało jakieś zamieszanie i krzątaninę. Wanda stanęła z boku, z prowadzonych rozmów nic nie rozumiała, dopiero potem dowiedziała się, o co chodziło. W piekarni pracowało już dwóch przymusowych robotników - Francuz i Ukrainiec. Według niemieckiego rasistowskiego prawa nie mogli mieszkać w jednym pomieszczeniu, ponieważ Francuz z racji swojego pochodzenia był lepszy od Polaka, a tym bardziej od Ukraińca. Nad piekarnią były dwa niewielkie pokoiki, toteż po przybyciu Wandy okazało się, że trzeba większy pokój, w którym uprzednio mieszkał Francuz, przegrodzić przepierzeniem, aby mógł tam zamieszkać Ukrainiec Iwan, wkrótce usunął swoje nieliczne rzeczy i Wanda mogła obejrzeć mieszkanie. Ogarnął ją wstręt. W niewielkim pokoju panował nieopisany bałagan i brud, powietrze pełne odoru strawionego alkoholu, złych papierosów i gnijących resztek jedzenia tamowało dech w piersiach.

Wanda wzięła się za porządki. Po kilku godzinach ciężkiej pracy lepiej się poczuła w tych obcych, ale przynajmniej czystych ścianach. Zeszła jeszcze do piekarni i wróciła z arkuszem pakowego papieru. Kiedy rozkładała go na małym stoliku, w drzwiach stanęła gospodyni. Spojrzała z aprobatą i powiedziawszy - Gut, Gut! - zawołała Ukraińca. Za jego pośrednictwem spytała Wandę, gdzie są jej rzeczy. Nie mogła zrozumieć jak można wyjechać tak daleko od domu nie biorąc ubrań na zmianę, bez nocnej bielizny i kawałka mydła. Gdy Wanda powiedziała, że żołnierze kazali jej wyjść z mieszkania natychmiast, nie mogła tego zrozumieć. Potem poszła do siebie i wróciła ze stertą bielizny pościelowej i osobistej, obrusem, a nawet kilkoma haftowanymi serwetkami.

Pracy w piekarni było dużo, jeszcze więcej sprzątania. W Oels była duża grupa Polaków. Ci, których przywieziono wcześniej orientowali się lepiej w miejscowych warunkach informując nowo przybyłych o zagrożeniach ze strony Niemców i trudnościach życia we wrogim otoczeniu. Wanda cieszyła się, że Józio pracował niezbyt daleko, w filtrach miejskich. Była to praca fizyczna, ciężka i bardzo brudna. Najgorsze było ręczne czyszczenie rusztów, na których osiadały odpadki i nieczystości. Kiedyś, na pierwszym, największym ruszcie, polscy robotnicy znaleźli martwego noworodka. Przy takim zajęciu, ubranie nasiąkało wstrętnym odorem, brodziło się w ohydnym szlamie, w którym buty dosłownie się rozpadały, niewiele skutkowało obwiązywanie drutem, zniszczone pantofle nie chroniły przed zimnem i spadały z nóg. Pewnej niedzieli Józio miał przepustkę i mógł odwiedzić żonę. Znał już sporo słów niemieckich, mógł się od biedy porozumieć, zawsze uczynny, chętnie pomagał w drobnych pracach remontowych, był lubiany. Tej niedzieli piekarz kiwnął na niego tajemniczo i zaprowadził do ogrodu. Tam wyjął ukryte za krzakiem buty i nakazał mu tajemnicę dotykając palcem zamkniętych ust. Widocznie bał się, aby jego dobry uczynek nie wyszedł na jaw.

Wanda miała szczęście. Trafiła do domu dobrych ludzi, którzy nawet pod silnym wpływem nazistowskiej ideologii nie zatracili poczucia
człowieczeństwa. Swoje dobre odruchy starannie ukrywali, bojąc się donosu do policji. Państwo Korsigowie byli ludźmi w średnim wieku. Ciężką pracą dorobili się sporego majątku - własnej posesji w centrum miasta z dużym, świetnie wyposażonym domem, piekarnią i pracownią cukierniczą, obszernym sklepem. Wychowali i wykształcili dwóch synów. Żaden z nich nie chciał kontynuować rodzinnej profesji, obaj wybrali karierę wojskową. Byli oficerami - jeden w Wehrmachcie, drugi w SS. Rodzice byli z nich niesłychanie dumni, chociaż czuli się samotni w dużym domu.


Max Korsig i jego żona.

Pracowitość i staranność Wandy została wkrótce dostrzeżona i doceniona. Została z piekarni przeniesiona do pracy w cukierni, na zaplecze sklepu. Tu też było co robić. Skrobanie i szorowanie wielkich blatów i stolnic, mycie podłóg, niezliczonej ilości różnych szpachelek, form i foremek, noży, wałków, tłuczków i innych przyborów, było codziennym obowiązkiem. Wanda przebywała teraz przez długie godziny tylko z piekarzową. Zaczęły rozmawiać. Początkowa niemożność porozumiewania się z powodu wzajemnej nieznajomości języków zaczęła szybko ustępować. Ku swojemu zdziwieniu Wanda stwierdziła, że szybko się uczy, a język, którego tak nienawidziła, staje się coraz bardziej zrozumiały. Korsigową interesowało, dlaczego, mając w pobliżu męża, tak często płacze. Wanda opowiedziała o rozłące z córeczką, o gnębiącej ją niepewności czy dziecko żyje, o swojej tęsknocie. Wtedy właśnie, dzięki pomocy gospodyni, został wysłany do Piasecznicy pierwszy list. Rozmowy stały się coraz bardziej osobiste, Zaufanie Wandy rosło, chociaż miała świadomość, że nie na wszystkie tematy powinna szczerze rozmawiać. Zorientowała się, że ta Niemka wie o wojnie tylko to, co głosiła niemiecka propaganda i bardzo ostrożnie wypowiadała się na tematy dotyczące wojny, okupacji i powstania. Pewnego dnia Niemka powiedziała: - Wanda! Nie bój się. Ja nikomu nie powiem. Opowiedz mi, jak to się stało, że przyjechałaś do obcego kraju zostawiając dziecko, w jednej sukience. Wanda pomyślała - Nawet bez majtek - i postanowiła opowiedzieć, co przeżyła w czasie wojny i pacyfikacji powstania. Niemka słuchała wstrząśnięta, a kiedy Wanda mówiła o wypędzeniu z domu i krwawej drodze, jaką z tłumami warszawiaków przebyła, zawołała ze łzami w oczach: - Nein, nein! To niemożliwe! Tak nie mogło być! Niemcy nie mogą być tak źli! Niemcy są dobrzy!

Pracujący w Oels Polacy utrzymywali w miarę możliwości ścisłe kontakty. Janeczka, którą Wanda poznała w wagonie, pracowała w mleczarni położonej na skraj miasta, w Oels przebywała także Czesia, narzeczona Stefana, brata narzeczonego Janeczki, Marysia, młoda dziewczyna ze wsi leżącej koło Czerwińska i inni Polacy zmuszeni do niewolniczej pracy. Najlepiej radzili sobie ci, którzy pracowali przy jedzeniu. Inni oszukiwali głód. Na rzadkie spotkania pracujący pod miastem na roli, przynosili, co mogli - trochę warzyw czy owoców, niekiedy kawałek mięsa lub wojennej niesmacznej kiełbasy, Wanda i Janeczka starały się zdobyć - jedna trochę chleba, druga chociaż odrobinę masła czy sera, choć za takie czyny groził obóz koncentracyjny. Wszyscy tworzyli jedność, połączeni wspólną biedą i tragedią.

Pokoik Wandy mieścił się tuż obok pomieszczenia, w którym, oddzieleni przepierzeniem, mieszkali dwaj młodzi mężczyźni. Ponieważ pochodzili z różnych krajów, porozumiewali się w łamanym języku niemieckim. Nie mogąc opuszczać posesji bez przepustki, wolny czas spędzali razem, najczęściej przy butelce zdobytego nielegalnie alkoholu. Pewnego wieczoru byli tak pijani, że nie zauważyli, iż przewrócili butelkę stojącą na podłodze. Struga mocnego alkoholu pociekła w stronę przepierzenia. Wystarczyła iskra z papierosa i przepierzenie ogarnął płomień. W panice ugaszono mały na razie pożar, a całą noc trwało potajemne usuwanie jego skutków. Gdyby pożar się rozprzestrzenił i trzeba by było wezwać straż pożarną, całą trójkę czekałoby więzienie lub obóz. Po tym wydarzeniu, które napędziło wszystkim mnóstwo strachu, Wanda poprosiła Józia, by w jakiś sposób lepiej ukrył dokumenty, których strzegła jak oka w głowie, a które, przy niespodziewanej, a możliwej rewizji, mogły być niebezpieczne. Józio odbił próg i pod nim schował papiery.

Któregoś dnia, Korsigowa, widać po rozmowie z mężem, zaczęła wypytywać Wandę o jej córeczkę - ile ma lat, jak wygląda. Podobało jej się, że dziecko ma jasne włosy i błękitne oczy. Powiedziała, że mogą sprowadzić dziecko do Niemiec, a jeśli im się spodoba, zaadoptują je. Synowie do nich nie wrócą, wybrali inną drogę życia, oni są sami, wprawdzie już niemłodzi, ale mogą się stać rodzicami dość dużego przecież dziecka i zdążą je wychować. Ten pomysł przedstawiła jako dobrodziejstwo dla Wandy. Dosłownie powiedziała - Wanda, ty będziesz pracować u nas tak jak teraz i będziesz patrzyła na szczęście swojego dziecka. My ją wychowamy, wykształcimy i zapiszemy jej piekarnię i dom. Te plany, zamiast ucieszyć, przeraziły Wandę. Zrozumiała, że mimo klęsk na wschodnim froncie to niemieckie małżeństwo wierzyło głęboko w zwycięstwo i trwanie tysiącletniej Rzeszy, że mimo swojej dobroci i okazywanego jej współczucia, istniejący stan rzeczy uważają za dobry i jedynie możliwy. Według nich Wanda powinna być zadowolona z odebrania jej i wynarodowienia dziecka, w zamian za materialne profity. Była dla nich tylko służącą, a do tego pogardzaną Polką, z którą nie musieli się w ogóle liczyć, bo za nimi stał cały aparat policyjny i prawny okrutnego państwa. Ta rozmowa, stała się dla Wandy nową troską. Bała się stanowczo odmówić, a nie mogła i nie chciała wyrazić zgody.

Nadeszły jednak dni, które odsunęły na dalsze miejsce, a potem zniweczyły zamiary Korsigów. Niemcy cofali się, a Armia Czerwona parła na zachód. Polacy w Oels, pozbawieni dostępu do informacji, chwytali wyrywkowe słowa Niemców, karmili się też różnymi, niekiedy nawet zupełnie fantastycznymi plotkami, wkrótce jednak zyskali pewność, że wyzwolenie jest bliskie. Niemcy stali się bardziej nerwowi, jakby zagubieni, ale równie fanatycznie i dokładnie jak dawniej przestrzegali zarządzeń i coraz to nowych przepisów. Pewnego dnia ogłoszono komunikat, że wszyscy obywatele niemieccy mają opuścić swoje domy i ewakuować się na zachód. Wśród Niemców strach przed czerwonoarmistami i własnymi władzami był tak wielki, że wszyscy karnie, ze spakowanym dobytkiem nadającym się do wzięcia, ruszyli szosą prowadzącą do pobliskiego Breslau (Wrocławia).

Wśród nich byli i Korsigowie. Sytuację mieli lepszą niż ich wielu pobratymców, gdyż posiadali własne konie i platformy, mogli więc dużo zabrać ze swojego domu. Korsigowa, w posępnym milczeniu, zalana łzami, pakowała swój dobytek. Przymusowi robotnicy starali się nie wchodzić Niemcom w oczy. Ciągle niepewni swojego losu, nie chcieli iść z swoimi wrogami na tułaczkę oddalającą ich od ojczyzny. Kiedy swoje miejsca pracy w filtrach porzuciła niemiecka załoga, pozostawieni sobie przymusowi robotnicy rozbiegli się i poukrywali w różnych zakamarkach. Mogli się spodziewać, że niemieckie oddziały wysadzą filtry nie licząc się z będącymi tam ludźmi. Józio pobiegł do Wandy. Stali razem patrząc, jak gospodyni starannie zamyka dom i sklep. Kiedy to zrobiła, stanęła patrząc na pęk kluczy w swojej dłoni. Mąż, trzymając w rękach lejce, siedział ze spuszczoną głową na wozie. Patrzący obcokrajowcy widzieli ich cierpienie, myśląc może, że nadeszła chwila sprawiedliwej zemsty. Korzickowa podeszła do Wandy i powiedziała wyciągając rękę z kluczami: - Masz! Teraz wszystko jest twoje. Ja tu nigdy nie wrócę, wiem to na pewno. Potem, nie czekając na reakcję oniemiałej Wandy, bez jednego spojrzenia na dom, w którym spędziła prawie całe życie, wdrapała się na siedzenie wozu obok męża i oboje odjechali.

Droga do Wrocławia pełna była tłumów dążących na zachód. Mnóstwo uciekinierów szło pieszo dźwigając wielkie toboły, inni ciągnęli różne wózki, nawet dziecinne, niektórzy jechali na wozach wyładowanych dobytkiem. Dziś w Niemczech używa się względem tych ludzi, którzy opuścili swoje domy, lub którzy zostali po zakończeniu wojny wysiedleni przez władze polskie, albowiem te tereny w wyniku porozumień międzynarodowych przypadły Polsce, terminu – wypędzeni. W stosunku do mieszkańców Oels termin się zgadza. Rzeczywiście, zostali wypędzeni, lecz nie przez Polaków, lecz przez władze swojego państwa. Dostali rozkaz opuszczenia miasta i ten rozkaz musieli wykonać. W opustoszałym mieście zostali tylko Polacy, Francuzi, Belgowie, Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini - wszyscy przywiezieni tu jako siła robocza, jako niewolnicy.

Kiedy Niemcy odeszli, do piekarni zaczęli się schodzić zaprzyjaźnieni Polacy. Wszyscy bali się, że kiedy nadejdą Rosjanie, Niemcy mogą
bronić miasta, a pod piekarnią były głębokie, o grubych murach piwnice, które w razie ostrzału artyleryjskiego dawały szanse przeżycia. Wojsko niemieckie opuściło jednak miasto i pojawili się Rosjanie.

Nikt z grupy osób ukrywających się w piwnicach piekarni nie znał rosyjskiego. Bali się wyjść, aby nie wzięto ich za Niemców i zastrzelono.
Zgodnie postanowili, że pierwsza wyjdzie Czesława, będąca w dziewiątym miesiącu ciąży. Jej ogromny, wręcz monstrualny brzuch, miał być jakby tarczą dla pozostałych. Z bukiecikiem białych i czerwonych pelargonii mających zastępować flagę narodową, wyszła pełna lęku naprzeciw wyzwoleńczej, lecz nieznajomej armii. Po niej, trochę śmielej, pojawili się pozostali. Krzyczeli - Polska! Polska! Gdy żołnierze pytali ich, gdzie są Germańcy, pokazywali rękami na zachód. Zostawiono ich w spokoju. Rozlokowali się w opuszczonym mieszkaniu Korzigów i zaczęli naradzać, co robić dalej. Nikt nie chciał tu zostać, nie wabiły ich puste domy pełne wszelakiego dobra, wszyscy postanowili natychmiast wracać do kraju.

Celem była Warszawa, a dla Marysi Czerwińsk. W opustoszałym gospodarstwie rolnym tuż pod miastem Józio znalazł dwa woły i stary, ale zdatny do jazdy wóz. Wkrótce wóz był pełen. Znalazły się na nim pozostawione przez byłych właścicieli produkty spożywcze, ubrania, trochę bielizny. Na pożegnanie Ukrainiec dał im w prezencie bańkę spirytusu, a sam postanowił wstąpić do Armii Czerwonej, Francuz ruszył na południe. Mała grupka ludzi otoczyła wóz i skierowała się na zachód, do siebie. Droga była trudna i daleka. Szli naprzeciw armii, która we wszystkich ludziach spotykanych na tych ziemiach, widziała wroga. Patrzyli na nieznane mundury, twarze o często azjatyckich rysach, słuchali nie tylko języka rosyjskiego lecz języków brzmiących zupełnie odmiennie, nigdy niesłyszanych. Często mijały ich oddziały, w których nikt nie mówił po rosyjsku, porozumienie z nimi było niemożliwe. Był środek zimy i to zimy mroźnej i śnieżnej. Śmiertelnie umordowani żołnierze owijali się w kożuchy i padali w przydrożne zaspy, jakby mróz ich nie dotyczył. Często byli bez jedzenia, bo kuchnie polowe nie nadążały za gnającym do przodu wojskiem. Materiałem napędowym dla wojskowego sprzętu była ropa i benzyna, a dla ludzi spirytus i kobiety. Spirt - to było pierwsze słowo, które wszyscy zrozumieli. Za spirytus można było dostać nocleg w chłopskiej chacie lub choćby stodole, być przepuszczonym bez przepustki.

Już na początku drogi stracili woły i wóz z całą zawartością. Wanda prosiła oficera, który dokonał rekwizycji, aby pozwolił jej zachować parę dziecięcych bucików. Usiłowała mu wytłumaczyć, że wiezie je dla małej córeczki. Spojrzał na nią beznamiętnie, jeden bucik rzucił daleko w bok, a drugi wsadził sobie za pazuchę i odszedł goniąc zarekwirowany wóz. Tak jak bez niczego przyjechali do Niemiec, tak samo bez niczego opuszczali ten kraj. Stracili także przygotowane na drogę zapasy. Od tej pory głodowali, nie mieli pieniędzy, ani nic na zamianę, a rzadko udawało się znaleźć coś do jedzenia w opustoszałych domach.

Zobacz zbieżne:

Wspomnienia Mariana Niemca
Ostatnie dni wojny
Pierwsze miesiące


Od autora Lokacja miasta Oleśnica piastowska Oleśnica Podiebradów Oleśnica Wirtembergów
Oleśnica za Welfów
Oleśnica po 1885 r. Zamek oleśnicki Kościół zamkowy Pomniki Inne zabytki
Fortyfikacje Herb Oleśnicy Herby księstw Drukarnie Numizmaty Książęce krypty
Kary - pręgierz i szubienica Wojsko w Oleśnicy Walki w 1945 roku Renowacje zabytków
Biografie znanych osób Zasłużeni dla Oleśnicy Artyści oleśniccy Autorzy Rysowali Oleśnicę
Fotograficy Wspomnienia osadników Mapy Co pod ziemią? Landsmannschaft Oels
Wydawnictwa oleśnickie Recenzje Bibliografia Linki Zauważyli nas Interpelacje radnych
Alte Postkarten - widokówki Fotografie miastaRysunki Odeszli Opisy wybranych miejscowości
Szukam sponsora do wydania książki o zamku oleśnickim
CIEKAWOSTKI ZWIEDZANIE MIASTA Z LAPTOPEM, TABLETEM ....
NOWOŚCI