Oleśnica w czerwcu 1945 r.
16.01.2013 r.

Wyjątek z książki dra Mieczysława Łuczkiewicza Prawda o Dolnym Śląsku. Kielce 1945 r., wydana nakładem Wojewódzkiego Komitetu Przesiedleńczego. Opisuje podróż informacyjną obywatela wojewody kieleckiego mjr. Wiślicz-Iwańczyka. Wojewoda miał się zapoznać z Dolnym Śląskiem, gdyż ten teren został przeznaczony głównie dla przesiedlenia ludności województwa kieleckiego. Z treści książki wykorzystano tylko tekst dotyczący Oleśnicy. Podałem skład ekipy towarzyszącej wojewodzie. Jest ciekawy - pokazuje ugrupowania polityczne wówczas działające.

Krótki opis podróży.
Wyjechaliśmy pod wieczór 13 czerwca 1945. W skład naszej ekipy weszli ob. ob.: mjr. Sobczyński, zast. Szefa Bezpieczeństwa, mjr. Kula Jan i mjr. Kucybała Franek z „Samopomocy Chłopskiej", a zarazem, jako reprezentanci partii PPR. Eugeniusz Błoch (z PUR-u), Stawecki Jan (z Reformy Rolnej), inż. Snarski Bronisław (Str. Demokratyczne), Michalski Stanisław (Str. Ludowe), Stronczyński Stanisław („Wici" Włoszczów), Paługan Michał (prezes „Wici"), Wójcik (kier. propagandy w Stopnicy), Naczelnik Kulczycki (Woj. Urząd Inform. i Propagandy w Kielcach), Rogozińska Helena („Dziennik Powszechny" Radom), Zielińska Stanisława („Głos Narodu" Częstochowa) oraz grupa żołnierzy.

Pierwszą noc spędziliśmy w Pradle, a dawną granicę z r. 1939 przekroczyliśmy dopiero rankiem 14 czerwca w małej śląskiej wsi Sierakowo (Breitenmarkt) (…). Pod wieczór, tego samego dnia wjeżdżamy do Oleśnicy (Oels). Miasto powiatowe, liczące przed wojną około 15.000 mieszkańców, jest ważnym punktem węzłowym na linii Kluczborek - Wrocław.

Oleśnica była stolicą odrębnego niegdyś księstwa piastowskiego, do roku 1329 obowiązanego do składania hołdu Królowi czeskiemu. Po wymarciu książąt piastowskich przeszła pod panowanie czeskie, potym należała do bocznej linii książąt Wurtemberg-Oels. Fryderyk Wilhelm używał tytułu księcia oleśnickiego. Do wybuchu wojny miasto było ruchliwe, oczywiście zniemczone już całkowicie, posiadało teatr niemiecki, gimnazja, szkołę handlową, fabryki maszyn rolniczych, cygar, mebli, ożywiony handel zbożem.

Obecnie w mieście koncentrują się wszystkie urzędy polskie i gromadzą się wszyscy pragnący osiedlić się w powiecie. A powiat to spory — przeważnie rolniczy. Powiat oleśnicki posiada 103 miejscowości wiejskich i 3 miejskich. Do chwili naszego przybycia w 76-ciu miejscowościach osadzono 4.000 rodzin. Osadnictwu w pewnej mierze zaszkodziła zbyt optymistycznie nastrojona propaganda, wg. której osadnik zastaje sytuację, dającą przy minimum wysiłku — maximum wyników. W rzeczywistości osadnik zastaje wyborową ziemię — i to jest pewnik — ale w ziemię tę musi włożyć pracę i to wiele pracy. Musi bowiem liczyć się z pewnym procentem zniszczenia, wyrażającym się przede wszystkim w brakach w inwentarzu żywym oraz w trudnościach aprowizacyjnych. W pracy i w pokonywaniu trudności dopomogą mu władze lokalne, władze województwa, z którego przybywa, oraz władze centralne. Braki będą uzupełniane stopniowo — na razie sąsiedzi będą zmuszeni dzielić się koniem czy krową — i to już jest dobrze — utyskiwać nie należy.

Miasto jest zarazem siedzibą władz radzieckich wojskowych, znajduje się w nim sporo szpitali i kilka obozów jeńców wojskowych i cywilnych różnych narodowości. Są tu Włosi, Francuzi, Czesi i Jugosłowianie. Przez miasto przeciągają tłumy wojska, taborów, wszelkiego rodzaju repatriantów, powracających z obozów wojskowych i cywilnych obozów pracy. Istna wędrówka narodów tu się dopiero rozpoczyna i przeraża swą grozą.


Wojewoda stoi w środku "po cywilnemu". W otoczeniu zapewne radzieckiego
wojskowego komendanta miasta i jego zastępcy do spraw politycznych

Przez miasto przeciągają stada bydła. Tuż za nimi grupki powracających do miasta rodzin niemieckich ze skromnym dobytkiem na małych dziecinnych wózkach. W przeciwnym kierunku ciągną gromadki rodzin polskich, chłopów udających się na osiedlenie na wsie. Ci również idą często pieszo, wioząc za sobą cały swój dobytek na ręcznych dwukołowych wózkach. Czego tam niema, — kury, króliki i małe prosiaki. Za wózkami chude krowiny, kozy, owce. Od czasu do czasu zamieszanie wnosi szybko pędzące auto z barwami radzieckimi, lub polskimi. Wszystko to robi niesamowite wrażenie na tle wypalonych ruin domów, wśród których kręcą się tu i ówdzie szabrownicy najskromniejszego autoramentu, czasem jakiś starzec szukający niewiadome czego wśród zgliszcz i popielisk.

Wiedziony ciekawością powlokłem się sam wzdłuż miasta w kierunku dworca kolejowego. Wszędzie to samo, wszędzie te same tłumy. Pod samym dworcem ludzie obozują pod gołym niebem. Palą ogniska, warzą sobie jedzenie. Natrafiłem na jakieś większe zamieszanie: okazuje się, że zatrzymano tu większą partię zawodowych i przygodnych szabrowników i robią z nimi porządek.
W pierwszej chwili, przyznaję, zrobiło mi się trochę żal tych ludzi.. Bo niby — tak na oko — co właściwie tak złego zrobili? Przeważnie biedota wiejska i miejska. Stare baby, które wygrzebały ze zgliszcz nikomu już niepotrzebne sprzęty, przeważnie poniszczone, stare naczynia, części odzieży bielizny — wszystko co może mieć jakąkolwiek wartość użytkową. Ludzie ci w pojęciu swoim absolutnie nic złego nie robią. Rozumują całkiem logicznie: Niemiec zabrał im wszystko, oni ściśle mówiąc nikomu niczego nie zabierają, a poprostu znajdują rzeczy nikomu już niepotrzebne, — niczyje.

Gdy się jednak przyjrzałem sprawie z bliska, przekonałem się, że nie jest to takie niewinne. Przede wszystkiem ludzie ci powodują niesłychane zatory na drogach, a zwłaszcza na punktach węzłowych kolejowych. Wagony na stacji w Oleśnicy uginają się od ciężaru ludzkiego i worków z „ciuchami"; zajmują i zapełniają wszystko, tak, że niema poprostu miejsca dla tych, którzy przyjechali tu w celach osiedlenia, w celach uczciwej pracy.
Po drugie element szabrowniczy, niezawsze składa się z samej biedoty, ze skromnych amatorów znalezienia drobnych przedmiotów. Są tu i grubsze ryby, zorganizowane poprostu w bandy, i to czasami uzbrojone, które nie cofają się przed niczym.

Co gorsza wśród elementów szabrowniczych spotyka się często gęsto i kolejarzy, którzy wyzyskują swoje stanowisko, swoje mundury, i pod pozorem podróży na urlopy, jeżdżą w jedną i drugą stronę zajmując się handlem zamiennym z poszczególnymi „żołnierzami, maruderami", co już całkiem nie jest obojętne ani nam, ani władzom wojskowym. Dochodzi przytym do różnych nieporozumień i konfliktów, nieobliczalnych w skutkach.

Najgorszym w całej sprawie jest w ogóle fakt, że ludzie poświęcający się „szabrowi" demoralizują się w stopniu jeszcze wyższym niż zawodowi szmuglerzy z czasów okupacji, odzwyczajają się od pracy, a przyzwyczajają do lekkich zarobków, co z punktu widzenia ogólno-wychowawczego jest całkiem niedobre i niezdrowe.

W końcu nawet najniewinniejszy „szaber" ma jeszcze jedną fatalną stronę: cała masa ludzi udających się w tamte strony na „szaber" wracając roznosi najprzeróżniejsze plotki wprost tendencyjne, celem zaoszczędzenia sobie konkurencji innych nowych amatorów „szabru". Jestem najgłębiej przekonany, że 80 proc. najfantastyczniejszych plotek o „dzikim zachodzie" o niebezpieczeństwach na zachodzie przynoszą i roznoszą właśnie ci wszyscy wałęsający się za szabrem kombinatorzy.

Zawodowi ci spryciarze, przyzwyczajeni do jazdy kolejami w jak najokropniejszych warunkach, gawędzą potem w wagonach, szeroko z przejęciem, rozpowiadając na wszystkie strony, jak to źle tam na Śląsku, czy to Pomorzu. Jak łapią wszystkich do pracy, jak rabują po drodze żołnierze, jak Niemcy strzelają z lasów, z ruin domów — rozsiewają najfantastyczniejsze brednie po prostu jak na zamówienie. A głupi ludzie, głupie kumoszki, które same miały ogromną ochotę przejechać się na zachód choćby celem zdobycia jakiejś starej koszuliny, przerażone tymi bajkami powtarzają później i wyolbrzymiają je do potwornych rozmiarów robiąc propagandę par excellence w kierunku odwrotnym.

I tu walka jest ogromnie trudna, bo wiadomo, że z głupotą walczą daremnie nawet bogowie... Czyli krótko i węzłowato historia z szabrem nie jest taka niewinna jakby się na pozór wydawało. Rozmyślania moje powyższe znalazły później potwierdzenie w rozmowach, jakie przeprowadziłem z miejscowymi czynnikami urzędowymi. Okazało się, że tak samo jak ja, rozumowali początkowo niektórzy, później jednak zabrali się z energią do tępienia szabrownictwa, stosując na początek konfiskatę szabru, no i lekką pracę w formie uprzątania gruzów.

Kręcąc się wśród tłumów znalazłem skromną jadłodajnię, nie pamiętam już przy jakiej ulicy, gdzie zjadłem wcale niezłą zupę, a nawet kawałek kiełbasy i kieliszek czegoś, co trochę zalatywało naszym krajowym bimbrem. Nie będę przysięgał, ale mam wrażenie, że był to spirytus gorzelniany. Ostatecznie obojętne to jest czytelnikowi — ważnym jest fakt, że już tu z paru groszami można nie umrzeć z głodu, a nawet trochę popić. Nie ubliżając nikomu, mam nadzieję, że zachęcę tą wzmianką moich kolegów po piórze do wycieczek w te strony: W praktyce mojej życiowej doświadczyłem bowiem, że ludzie pióra niczego się tak nie obawiaią, jak pragnienia. Na głód są już bardziej wytrzymali...

Z Oleśnicy wyjechaliśmy w kierunku północno-zachodnim, w kierunku t. zw. Gór Kocich (Katzengebirge) do Trzebnicy.

Mieczysława Łuczkiewicz M. Prawda o Dolnym Śląsku. Kielce 1945 r.


Od autora Lokacja miasta Oleśnica piastowska Oleśnica Podiebradów Oleśnica Wirtembergów
Oleśnica za Welfów
Oleśnica po 1885 r. Historia miasta w skrócie Zamek oleśnicki Kościół zamkowy
Inne zabytki Fortyfikacje Herb Oleśnicy Herby księstw Drukarnie Ciekawostki (ponad 400 tematów)
Książęce krypty
Kary - pręgierz i szubienica Pomniki Wojsko w Oleśnicy NumizmatyWalki w 1945 r.
Renowacje zabytków
Biografie znanych osób Zasłużeni dla Oleśnicy Artyści oleśniccy
Autorzy
Rysowali Oleśnicę Fotograficy Wspomnienia osadników Mapy
Co pod ziemią? Landsmannschaft Oels Wydawnictwa oleśnickie Recenzje
Bibliografia Linki Podziękowania Księga gości Dopisz się do księgi Zauważyli nas
Alte Postkarten - widokówki Fotografie miastaRysunki Interpelacje radnych Odeszli
Nowości
Szukam sponsora do wydania książki o zamku oleśnickim