Marian Niemiec. Panorama Oleśnicka nr 2. Styczeń 1995

Ostatnie dni wojny.

W Oleśnicy znalazłem się już w marcu 1942 roku. Przebywając na wsi niedaleko Kalisza (a były to tereny przyłączone do Rzeszy), ciągle byłem zagrożony przymusową wywózką na roboty w głąb Niemiec. Wolałem więc sam wybrać sobie miejsce pobytu. A do wyjazdu namówił mnie kolega, który przebywał we Wrocławiu. Do Wrocławia jednak nie dojechałem. Kontrolujący pasażerów pociągu żandarmi stwierdzili, że nie mam zaświadczenia o zatrudnieniu. Wysadzili mnie w Oleśnicy i skierowali do urzędu zatrudnienia. Wraz ze mną wysiadło około 30 osób. I tu zaczęliśmy pracę. Zostałem zatrudniony w zakładzie masarskim w Rynku (nr 28), którego właścicielem był Adolf Kupkę. Od frontu znajdował się sklep mięsny (istnieje tam nadal), a na podwórku była niewielka przetwórnia (tego budynku już nie ma). Oprócz mnie właściciel wkrótce zatrudnił drugiego Polaka, który nazywał się Alojzy Pawlak. Ponieważ słabo znałem niemiecki, więc początkowo trudno było się porozumieć z niemieckim otoczeniem. Zacząłem się zachłannie uczyć języka i już po kilku miesiącach zupełnie nieźle sobie radziłem.
W Oleśnicy w tym czasie było zatrudnionych kilkuset Polaków. Ci pracujący w branży spożywczej mieszkali w mieście, wśród Niemców, a inni w wydzielonych obozach. O ile mnie pamięć nie myli, to takich obozów było 4: w rejonie ulic Daszyńskiego, Moniuszki i Paderewskiego (do niedawna było tam ogrodnictwo PKP i stały jeszcze drewniane baraki - pozostałość po obozie); przy ul. ks. Sudoła (baraki, w których miała po wojnie siedzibę szkoła zakładowa ZNTK); przy ul. Wileńskiej między "Meblopłytem" a COSSTWL (był na tym terenie również obóz dla jeńców brytyjskich); na obrzeżu lotniska przy drodze do Bogusławie, w pobliżu toru kolejowego (blisko tych baraków znajdował się pilnie strzeżony obóz jeńców radzieckich, gdzie nie wolno było się zbliżać).

Z okresu początkowego pobytu w Oleśnicy utkwiły mi w pamięci wzmożone działania propagandowe Niemców związane z odkrywaniem zbiorowej mogiły pomordowanych oficerów polskich w Katyniu. Chyba ze dwa miesiące donosiły o tym codziennie gazety niemieckie. Wtedy, byliśmy przekonani, że to sami Niemcy byli sprawcami zbrodni i dlatego nie wierzyliśmy w ich oskarżenia pod adresem ZSRR.

W tym czasie w Oleśnicy przebywało blisko dwa tysiące cudzoziemców, z których większość stanowili Polacy. Polacy i Rosjanie byli oznakowani (Polacy literą "P" na prawej piersi, Rosjanie literami "OST" - wschód). Inni cudzoziemcy nie mieli żadnych znaków. Obowiązywała nas też wszystkich (z wyjątkiem Czechów i Ukraińców) godzina policyjna. Nieprzestrzeganie jej groziło pobiciem i mandatem. Absolutnie nie wolno nam było zawierać znajomości z młodymi Niemkami, bo można było wylądować w obozie lub stracić życie. Co drugą niedzielę w Rynku odbywały się zebrania Polaków, którzy mieszkali w mieście, poza barakami. Podawano tam aktualne zarządzenia, nazwiska ukaranych i inne informacje. Polacy - katolicy mogli korzystać z nabożeństw w każdą niedzielę w obecnym kościele św. Trójcy. Mszę odprawiał ksiądz niemiecki. Przez jakiś czas pełniłem nawet rolę ministranta.

Wokół Oleśnicy niemal w każdej wiosce zatrudnieni byli Polacy. W niedzielne popołudnia młodzi często przyjeżdżali do miasta, by tu się nieco rozerwać i spotkać rodaków. Zawiązywały się znajomości, rodziły się przyjaźnie, sympatie, miłości, których skutkiem było później zawieranie małżeństw. Istniało w Oleśnicy kino, był teatr naprzeciw stacji CPN przy obecnej ul. Wojska Polskiego, bywał cyrk, ale nam nie wolno było korzystać z tych rozrywek. Zatrudnieni na wsi, jak i w przemyśle spożywczym nie mieli problemów z wyżywieniem, natomiast inni, także i Niemcy, zaopatrywali się poprzez otrzymywane kartki. Przydziały były na ogół niewystarczające. Bez kartek można było nabyć ziemniaki, warzywa i kaszankę. Brakowało tłuszczu, cukru, papierosów, co odczuwali szczególnie cudzoziemcy. Między nimi nie było wrogości, porozumiewali się łamaną niemczyzną i wspierali wzajemnie w trudnych chwilach.

Na ulicach prawie nie widziało się samochodów cywilnych, a tylko wojskowe. Transport miejscowy odbywał się głównie za pomocą ręcznych wózków dwukołowych, na które ładowano nawet ponad tonę.

W Oleśnicy był silny garnizon niemiecki. W "białych koszarach" szkolili się młodzi piloci, stąd nad miastem ciągle latały samoloty. W "czerwonych koszarach" stworzono punkt zborny dla żołnierzy, którzy po wyleczeniu z odniesionych ran czy odmrożeń tu byli poddawani kontroli i ponownie odsyłani na front. Przebywający w Oleśnicy cudzoziemcy wyraźnie odczuwali, jak zmieniał się do nich stosunek miejscowej ludności. Gdy Niemcy zaczęli przegrywać wojnę, zwłaszcza po klęsce pod Stalingradem. W połowie czerwca 1943 roku przeniesiony zostałem do zakładu przy ul. Daszyńskiego 10. W tym miejscu stoją obecnie bloki mieszkalne. Właściciel Oswald Winkler był na froncie, a zakład wraz z żoną prowadził Polak Władysław Milicki z Odolanowa. Kiedy mnie lepiej poznał, zaproponował mi wstąpienie do konspiracyjnej komórki Armii Krajowej. Jak się później dowiedziałem, takie komórki istniały w Dobroszycach, Szczodrem i Twardogórze. Jako członek organizacji miałem następujące zadania: obserowować ilość i rodzaj wojsk w garnizonie, śledzić transporty przejeżdżające przez stację kolejową, wykradać kartki żywnościowe. Przewoziłem też często "bibułę" lub pieniądze do Dobroszyc i Psiego Pola. Nasz pokój w zakładzie Winklera stał się punktem kontaktowym dla członków organizacji.

Oleśnica w okresie wojny nie przeżywała bombardowań. Jedyny nalot miał miejsce 11 stycznia 1945 roku wieczorem. Spadło kilka bomb za dworcem kolejowym. Prawdopodobnie pilot chciał zniszczyć dworzec, ale nie trafił. Dla Niemców było to wielkie przeżycie, bo uświadomili sobie, że zbliża się ich klęska. A kiedy nazajutrz dotarła wieść o tym, że Armia Czerwona rozpoczęła ofensywę na Wiśle, miejscową ludność ogarnęła niemal panika. Na ulicy Rzemieślniczej (gdzie jeździłem do rzeźni) zaobserwowałem takie obrazki: długi sznur wozów konnych, a na nich wystraszeni ludzie z tobołami, płaczące kobiety i dzieci. Nic powiem, że mnie ten widok zmartwił, wprost przeciwnie. Kiedy wróciłem na Daszyńskiego i opowiedziałem to współtowarzyszowi, ten rzucił mi się w ramiona i rozpłakał z radości. Niebawem nasza szefowa poinformowała nas, że wraz z dziećmi musi wyjechać na kilka dni i zaproponowała, byśmy z nią pojechali. Nic daliśmy zdecydowanej odpowiedzi, co słusznie zrozumiała jako od mowę. Pomogliśmy jej zapchnąć wyładowaną dobytkiem dwukołową przyczepkę samochodową, która została przyłączona do pojazdu wojskowego. Dała nam po 100 marek, kazała pilnować zakładu i obiecała, że za kilka dni wróci. To oczywiście nigdy nic nastąpiło.

23 stycznia rano usłyszeliśmy strzelaninę od strony lotniska. Okrzyk "Russen" wprost sparaliżował Niemców. W mieście zapanował chaos. Za dwa dni do Oleśnicy wkroczyli "czerwonoarmiejcy". Nareszcie poczuliśmy się wolni, a nasza radość nie miała granic. W pierwszą noc po wyzwoleniu nikt z Polaków nie spał. Każdy chciał się nacieszyć długo oczekiwaną wolnością. W dwa dni potem zmuszeni byliśmy opuścić Oleśnicę ze względu na wywieraną na nas przez Rosjan presję, jak i w obawie o własne życie. Tym razem niebezpieczeństwo groziło nam nie ze strony Niemców, ale wyzwolicieli, którzy nadużywali alkoholu, a po pijanemu byli nieobliczalni.

Od autora Lokacja miasta Oleśnica piastowska Oleśnica Podiebradów Oleśnica Wirtembergów
Oleśnica za Welfów
Oleśnica po 1885 r. Zamek oleśnicki Kościół zamkowy Pomniki Inne zabytki
Fortyfikacje Herb Oleśnicy Herby księstw Drukarnie Numizmaty Ciekawostki (ponad 400 tematów)
Książęce krypty
Kary - pręgierz i szubienica Wojsko w Oleśnicy Walki w 1945 roku
Renowacje zabytków
Biografie znanych osób Zasłużeni dla Oleśnicy Artyści oleśniccy
Autorzy
Rysowali Oleśnicę Fotograficy Wspomnienia osadników Mapy
Co pod ziemią? Landsmannschaft Oels Wydawnictwa oleśnickie Recenzje
Bibliografia Linki Podziękowania Księga gości Dopisz się do księgi Zauważyli nas
Alte Postkarten - widokówki Fotografie miastaRysunki Interpelacje radnych Odeszli
Nowości
Szukam sponsora do wydania książki o zamku oleśnickim